Większość z nas wyrosła już w świecie, w którym istnieją narkotyki i narkomani. Jednak nie zawsze tak było. Samo określenie jest nowe i powstało nie przez przypadek. Narkotyki przed II WŚ nie stanowiły też zjawiska społecznego. Warto się zastanowić, jak to się wszystko zaczęło.

Nie chodzi o sam początek odurzania się przez człowieka substancjami psychoaktywnymi, bo musielibyśmy się cofnąć do zarania ludzkości, a o wizerunek ćpuna ze strzykawką, chodzącego wraku człowieka, okradającego rodziców, prostytuującej się dla działki. Przecież taki obraz nie był z nami od zawsze. A na pewno nie przed końcem XIX w.; kiedy to firma Bayer, wypuściła na rynek heroinę. Sama receptura powstała 25 lat wcześniej, jako alternatywa dla morfiny, jednak dopiero po zainteresowaniu niemieckiego potentata chemicznego, znalazła zastosowanie na szerszą skalę. Szerszą, ale jeszcze nie najszerszą. Na prawdziwy heroinowy szał przyszło nam poczekać kolejne kilkadziesiąt lat.

Opiaty używano już w minionych wiekach, jednak żadne opium, czy morfina nie mogły równać się mocą z wynalazkiem C.R. Aldera Wrighta. Nie były też tak łatwo dostępne, dlatego zażywały je głównie osoby dojrzałe, a nie wciąż rozszerzające się zastępy młodych ludzi. W Polsce receptura na heroinę pojawiła się wraz z ruchem hippisowskim (na zachodzie hippisi “ćpali” głównie poszerzającym świadomość LSD, nas w ramach tego samego zjawiska społecznego uraczono najbardziej śmiercionośną substancją). Za powstanie polskiej bieda-wersji odpowiada “genialny” chemik z Uniwersytetu Gdańskiego, Mirosław W.  To właśnie Gdańsk był epicentrum rozprzestrzeniania się receptury i stąd polski kompot nazywany jest heroiną gdańską. Do powszechnego obiegu zaczął trafiać od 1976 r. Co ciekawe, przewodniczącym samorządu studenckiego na UG, dokładnie – Socjalistycznego Związku Studentów Polskich (SZSP), był wtedy niejaki… Aleksander Kwaśniewski.

W odpowiedzi na szerzącą się falę uzależnień, od łatwego w wyrobie kompotu makowego, rozpoczęto kampanię antynarkotykową, w której najbardziej dobitnym przykładem narkomanii było dawanie sobie w kanał, ale znalazło się miejsce także na popalanie trawki. I to w jednym szeregu. Jednak produkowanie i zażywanie opiatów nie zostało potępione na całej linii. Wystarczy przyjrzeć się kampanii promocyjnej, jaką przemycono do legendarnej dziś piosenki “Z poradnika młodego zielarza”, z nie mniej kultowego filmu “Podróże Pana Kleksa”.

W poradniku młodego zielarza
Napisanym dla szczęścia ludzkości
Pewien przepis się stale powtarza,
A zawiera on sekret młodości:

Kwiat rumianku, liść pokrzywy,
Ziele bratka, pieprz prawdziwy,
Pestki z dyni i borówki,
A do tego sok z makówki,
Owoc głogu, dzikiej róży
I tymianku liść nieduży.

Zsuszyć, skruszyć, zmielić, zwarzyć,
Podgrzać, zalać i zaparzyć.
Zsuszyć, skruszyć, zmielić, zwarzyć,
Podgrzać, zalać i zaparzyć.

A gdy wywar jest gotowy,
To po rozum pójść do głowy,
Nie próbować, wylać, nie pić,
Tylko słońcem się pokrzepić.
Umyć głowę zimną wodą i zachować formę młodą”

Utwór, choć krótki, w warstwie tekstowej zawiera masę sprzeczności – z jednej strony na początku pada zapowiedź przepisu na eliksir szczęścia i młodości, który zresztą zostaje zaraz przytoczony, z podkreśleniem najbardziej kontrowersyjnego składnika, czyli soku z makówki; z drugiej strony okazuje się, że najlepsze, co młody zielarz ze swoim preparatem może zrobić, to wylać (a więc autor nie pozostawia żadnych wątpliwości, co do tego, że chodzi o kompot). Przesłanie nie pasuje do zapewnień z początku, ani do entuzjastycznego nastroju kawałka. Zresztą, ludzie wówczas słuchający śpiewu Piotra Fronczewskiego z Fasolkami nie mieli dostępu do pisemnej wersji tekstu. A bez wiedzy o jednym istotnym przecinku, którego w radiu, czy w kinie po prostu słychać nie było, piosenka musiała mieć zgoła inny wyraz. Jak również więcej sensu.

A gdy wywar jest gotowy,
To po rozum pójść do głowy,
Nie próbować wylać, nie pić…

W tym samym roku, co “Podróże Pana Kleksa” trafiły do kin, księgarnie przeżyły prawdziwy boom związany z premierą książki Barbary Rosiek, pt. Pamiętnik narkomanki, w którym autorka w bardzo naturalistyczny sposób opowiadała swoją traumę związaną z dawaniem w żyłę. W 1985 wprowadzono także ustawę, która ogranicza możliwości uprawy maku… ale również konopi. Przy pełnej zgodzie i nawet przyklasku gawiedzi, dzięki wykreowaniu wizerunku ćpuna, heroinisty, oprócz w gruncie rzeczy mało pożytecznego maku, zabrano Polakom rośliny, które były z nimi od zawsze.

Tamta ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii obowiązuje w Polsce do dzisiaj. Od tego czasu tylko ją nowelizowano, coraz bardziej ograniczając obywatelom dostęp do konopi, stanowiących podstawę rodzimej agrokultury. Aż do teraz, kiedy to postanowiono je nam sprzedawać… tylko na receptę i w cenie złota.

Komentarze

Komentarze